
„Marzenia są tak blisko – pisałam o tym we wcześniejszym artykule mojego bloga. Wystarczy wyciągnąć do nich tylko swoją dłoń. Tak, naprawdę to wystarczy ! tylko tyle ! i aż tyle ! któregoś dnia podsłuchałam ukradkiem…”
Nie podważam też teorii że pewne rzeczy są nam po prostu od góry pisane. Chyba jednak coś wisi nad nami w powietrzu, pokazując nam potajemnie pewne odgórne znaki. Być może nie zawsze je dobrze odczytujemy ! Być może nie odczytujemy ich wcale ! Być może nie do wszystkich są kierowane ! Być może po prostu ich nie ma ! Jak nie ma ? Pewnie że są ! i Tu się tworzy konsensus rozbieżności myślowej ! Nie ważne w co wierzysz ! Czy wierzysz czy nie Czy ufasz Bogu, przeznaczeniu, marzeniom – temu wszystkiemu trzeba niekiedy po prostu pomóc !
Pamiętam jak dziś kłótnie z moim młodszym bratem, bijatyki że mama włosy wyrywała, a w tle tego harmidru na kineskopowym ekranie ogromnego czarnego pudła, skaczącego na desce ponad szczytami gór snowboardera. Tak to były czasy pierwszej zagranicznej kablówki i programu Extreme, na jedynie którym można było zobaczyć śnieżne ewolucje Shaun’a White czy Danny’ego Davisa. Coś już wtedy fascynowało mnie w tym białym szaleństwie. Realia natomiast sprowadzały na drugi przyziemny plan, gdzie jedynie wyobraźnia dawała upust dziecięcym marzeniom. Urodzenie mojego dziecka nie było chyba dobrym momentem na odnajdywanie pasji w sobie. Dwumiesięczne dzieciątko w domu i zapłakana młoda matka nie mogąca się odnaleźć w nowej roli i miejscu.
Pewnego zimowego dnia nastąpiło to przełomowe odkrycie. W odległości około 30 km za moim rodzinnym miastem Piłą, odnalazłam przecudny głęboko ukryty w lesie stok. Spojrzałam z niego w dół i pomyślałam – Boże jak marzenia są blisko ! To były dwie najbardziej zahipnotyzowane i mroźne godziny zakończone dźwiękiem pompowanych wiązań. Na drugi dzień z rana kupiłam moją pierwszą w życiu deskę, deskę do carvingu, nie zdając sobie nawet z tego sprawy.
I tak o to zaczęła się cała moja historia ! Nizinna historia ! bo na nizinach nie było tak łatwo nauczyć się stawiać pierwsze snowboardowe kroki. Bez warunków, pieniędzy, odpowiedniego ukształtowania terenu, doświadczenia, ludzi ze środowiska, prowadzącego instruktora czy znajomości sprzętowej. Mój mąż i ja…Wszystkiego uczyliśmy się sami, bez niczyjej pomocy i wsparcia choćby jednej osoby, z podśmiechiwaniem najbliższych że zachowujemy się jak nie ogarnięte jeszcze dzieciaki.

Nikt nie rozumiał naszej pasji, nikt nie traktował nas wtedy poważnie. Wszystko co zaczynaliśmy było nieziemsko chaotyczne, zaczynając od carving’u, step in’ów, kończąc na jeździe w dżinsach oraz na po wybijanych obojczykach, Wszystko od dupy strony zorganizowane, w zasadzie zdezorganizowane, a w tym wszystkim kilka lat tkwiąca ja. Zamiast uczyć się upadać, uczyłam się jak podnosić po każdej mojej porażce, by jeszcze bardziej nie zbić mojej poobijanej pupy i kości. W ciuchach które dało się wykręcić jak kran otwartej wody, skończywszy na nie przespanych nocach, podczas których setny już raz analizowaliśmy każdy nasz najdrobniejszy błąd wykonany na filmiku, by iść do przodu technicznie coraz lepiej. Nie było dla nas granic i oporów. Dziecko i nasz ukochany pies towarzyszyli nam na każdym szczeblu naszej walki, nauki i utrwalania nabytych umiejętności. Nie mieliśmy odpowiednio ukształtowanych terenów, stoków w wieloma kilometrami tras, a nasz pilski rozkopany poligon, lotnisko, każda górka czy linka holownicza za samochodem, była dla nas jak zbawienna tafla szalonej wolności.
Dzisiaj mieszkam w obrębie 40 km tras zajazdowych najlepszego i największego ośrodka narciarskiego w Polsce : https://www.szczyrkowski.pl/, z widokiem oświetlonego stoku z własnego okna i z zewsząd otaczających gór.
Kocham Cię moja Bielsko Biała, moje ukochane Podbeskidzie, moje magiczne Karpaty.
Nie ma rzeczy nie możliwych, nie ma rzeczy nie wykonalnych. Są natomiast niespełnione marzenia, nie dokończone ambicje, nie udane próby, przegrane walki ! Bo zbyt dużo wysiłku i zaangażowania to dla niektórych zbyt wiele, by poświęcić swoje ambicje i własne morale. Do teraz nie wiem jak we ferworze depresji porodowej i nie przespanych przez maleńkie dziecko nocy, Bóg znalazł jeszcze miejsce, by wsadzić w nie odrobinę marzeń i zaczątek pasji. Gdzie wtedy było moje serce i moja głowa ? Gdzie moje myśli emocje i cała ja ? W raz z przyjściem na świat mojej córci, urodziłam się ja, nowa ja, walcząca ja, rozpoczynająca podróż w głąb siebie…
Serce moje się raduje niezmiernie, gdy patrzę ile radości wnosi moja pasja w dziecięce jeszcze życie mojej ukochanej córki, ale o tym jak zaraziłam snowboardem moje dziecko napiszę w innym artykule mojego bloga. Uświadamiając sobie w jak krótkim czasie, z jakim brakiem lęku i łatwością przebyła ona ten sam etap co ja, coraz bardziej zdaję sobie sprawę, jak długa i ciężka była to dla mnie praca. Dziś z perspektywy minionego czasu, mogę rzec śmiało – to były najlepsze czasy mojego rozwoju…
Pracujmy nad sobą, szukajmy pasji w sobie, bo to właśnie ona pozwala stać się nam jeszcze lepszym człowiekiem… zrozumieć swoje wewnętrzne pragnienia…






Super Ewelina 😊 Fajnie piszesz, chętnie czytam Twoje opowiadania .Serdecznie pozdrawiam 😘
Piękna Pasja jak ma się z kim ja dzielić jestem pełna podziwu dla waszej rodziny pozdrawiam
Cieszy mnie to niezmiernie, w krótce ukarze sie kilka kolejnych artykułów, także zapraszam serdecznie do czytania
Myślę że bez względu na relacje w rodzinie, to każdy powieniem miec kawałej swojej przestrzeni tylko dla siebie,no rzeczywiście w grupie jest łatwiej bo ma sie to wsparcie,ale ! Ale od czegos zawsze trzeba zacząć,a potem wielu ludzi mozemy poznać na swojej drodze, ktorzy byc moze zaczną z nami dzielic sie swoją przestrzemią.Dziekuje za zainteresowanie blogiem.Wszystkiego dobrego
Pięknie 💜