
Jak to jest moi Kochani ? że wykupujesz sezonówkę życia na dechę, a popadasz w klęskę zdesperowanego snowboardzisty, biorąc sprzęt na plecy i tniesz na prawie 1300 m n.p.m. by zjechać jeden jedyny raz, w świeżym puszystym puchu…
Niby porażka bo stoki pozamykane, niby dowód miłości do pasji, jedno plącze się z drugim nieustannie, gdy poirytowany twój umysł zaczyna już w tym convidzie płatać Ci różne figle. No takie tam Skrzyczne ! no niby to dużo, no niby to mało, no niby co to dla snowboardera i jego wewnętrznej emocjonalnej potrzeby. Ba ! ale ta satysfakcja, kiedy dajesz te dwa ostatnie kroki pod górę i za chwile zapniesz dechę na twoje zmęczone podejściem nogi. No i dzieje się samo, pyk pyk rach ciach, podskok do góry, mała pochyłość, fruniemy w przestworzach dziewiczego puchu, jedyne co wtedy jest w stanie wyprowadzić Cię z równowagi, to ludzie i ilość sanek, kiedy niezbędne jest chwilowe wjechanie na trasę stoku. Tak wiem, ze zima jest dla każdego, niestety te cholerne sanki burzą mój śnieżny trans, w który podczas jazdy zapadam..
Zastanawiam się jaką włączyć muzykę, by odlecieć w mej głowie jeszcze bardziej dogłębniej i błogo, by poddać się emocji którą w tym momencie czuje. Kiedy nie ma w uszach słuchawek, różne myśli dochodzą mi do głowy… Zastanawiające ? Czy siedzę w gondoli, czy podpieram kijek w 30 cm puchu, zawsze myślę o tym samym…zawsze chciała bym lepiej…bardziej doskonalej…bardziej wolnościowo niż jest w danym momencie. Chyba nigdy nie zaspokoję tego głodu, do mojej magicznej śnieżnej snowboardowej przestrzeni. Skupiać się czy dać się ponieść podczas kolejnego zjazdu ? Czy bardziej podszlifować swą technikę jazdy, w której zawsze doszukuję się małych technicznych mankamentów. Sezon wycięty z życiorysu ridera…no boli strasznie…boli naprawdę mocno…aż zatyka umysł i moje serce niezłomne. Ten męczący stan emocjonalny, gdy widzisz że wszędzie sypie śniegiem, na około robi się coraz bardziej biało, a od banalnej decyzji naszego rządu opadają Ci najnormalniej ręce ! Któż tak zrozumie zapalnego narciarza czy snowbordera, który wyczekuje śniegu pół roku i walczy ze swoją niecierpliwością, przygotowując się mentalnie i sprzętowo do każdego sezonu w roku. Tyle czekania na zimę i wyciągasz w końcu swą zakurzoną dechę z za szafy, a tu jak grom z jasnego nieba państwo zabija w Twej głowie wszystkie poukładane i długo wyczekiwane śnieżno białe plany.
Czas mój wycięty z sezonu nakierowuje me serce na różne wspomnienia…
Oj ! te obłędne orczyki…na nizinach ilości tego żelastwa są nie stworzenie wielkie…przeklęte narzędzie do transportu mojego korpulentnego tyłka. Tyle walki i wytrwałości kosztowała mnie pierwsza nauka podjazdu na tym śnieżnym szatanie. Mały 250 m bydgoski stok w Myślęcinku…wyrwirączka, że ręce z pachwin wyrywała i te siniaki między nogami od talerzyka, czasem wstyd było rozebrać się w pracy, kolana sine i popuchnięte, same uroki snowboardowego życia. Jaka to była szkoła przetrwania, z po wykręcanymi i rękami i nogami i ze wstydem w oczach początkującego ridera…takie wywijałam tam akrobacje i eksperymentalne cuda, lekkoatleta by się mógł ode mnie sporo nauczyć w tym czasie. Na brzuchu…na tyłku…głową w dół stoku…twardo trzymałam orczykowy kijek, by jakkolwiek pojechać na desce pod górę…Najlepiej wykorzystany 4 godzinny karnet życia, no i Ci ludzi którzy zamiast poirytowania że spowalniam im kolejkę, gratulowali mi i za nieugiętość wytrwałość w dążeniu do celu. Ta twarz mojego męża, schowana w kominiarce, ze wstydu że ma taka żonę łamagę i kciuk każdego mijającego mnie na orczyku człowieka, z przesłaniem że może być już tylko lepiej. No tak udało się w końcu jeden jedyny raz, a potem już było z górki, choć to kosztowało mnie to naprawdę wiele. Taka bestia ze mnie zawsze uparta, aż nie osiągnę w sobie założonego celu, wszystkimi możliwymi środkami. Tak hardcorowe orczyki to są chyba tylko na nizinach ! Jeśli chcecie czegoś mocnego spróbować to zapraszam na http://chodzieski.com/ lub na https://www.myslecinek.pl/content/stok-narciarski, choć podejrzewam że od tego czasu zmieniło się tam naprawdę już sporo. Tak właśnie walczyłam prze kilka sezonów, z poradnikiem snowboardowym w mojej po obijanej od upadków dłoni.
Dzisiaj śmieszne…żartobliwe, aż buzia sama się do siebie uśmiecha. I ten sentyment do stoku, na którym stawiałam swoje pierwsze kroki…orczyk w którym lina podtrzymująca pałąki od talerzyków spadała Ci po kolana, a Ty walczyłeś, by przeżyć podjazd nic sobie nie z robiąc, by powrócić tu następnego ranka póki śnieg się jeszcze utrzymywał, bo uwierzcie mi że na nizinach śniegu jest zawsze naprawdę mało a mróz potrzebny do naśnieżenia stoku to już w ogóle przywilej, pomimo tego że to był jedyny naturalny stok w regionie. Tak ! działali chłopaki z obsługi żelaznego szatana, po kielichu w przewie, na rozgrzewkę od długiego stania i wpuszczania przez bramki, trzęsąc się niekiedy mrozie z zimna. Niezapomniany stok na którym jedyny wyciąg orczykowy ciągle nie działał i wiecznie brakowało prawdziwego śniegu. No i te nasze małe oszustwa, gdy „dyskretnie „przepuszczaliśmy moją małą córcię pod bramką, by zaoszczędzić choć jednego grosza na każdym jednodniowy karnecie. Chyba zawsze słynęłam z kombinatorstwa, taka już moja podstępna natura.
Taka anegdotka wspomnień, wplątana w tekście tego przesłania…więc wracam z powrotem do „wspinaczki” na szczyt mojego „szczyrkowskiego lodowca” i myśli kłębiących się wtedy w mojej głowie, nienasyconej snowboardem w tym kolejnym sezonie. Gdybym urodziła się w górach, gdybym w dzieciństwie odnalazła pasje w sobie, pewnie byłabym dziś zaawansowanym snowboarderem pro reprezentacji polskiej, ba ! a nawet najlepszym zawodnikiem na świecie w half pipe. Oj ! gdybym mogła być taka mądra jak teraz…no tak wiem że pochlebiam teraz sobie niezmiernie, lecz mojej otwartości i wylewności nie za bardzo umiem utrzymać w zanadrzu. Myśli moje takie roztrzepotane…przeskakuję niekiedy z daty na datę, z wspomnień na teraźniejszość i znów z powrotem, dlatego chyba musisz skupić się na czytaniu mojego bloga, gdyż ciągle przesuwam się w mej czasoprzestrzeni i niekiedy ciężko jest za mną po prostu nadążyć. Na szczycie „śląskiego Mont Everestu” fanaberia radości i euforii przywitała mnie niesłychanie, to takie proste i lekkie uczucie kiedy tupiesz nogami ze szczęścia jak jak dziecko, patrząc na bałwaniaste, białe choinki, które już chyba nawet ich nie przypominają, pod warstwą ogromnie ciężkiego śniegu. Jak rozchichotana małolata ubierałam na górze buty snowboardowe, zachowując się przy tym chyba trochę niesfornie…spokojny umysł w takich momentach nie jest jednak moją zaletą. Nogi zmęczone po wejściu ciężko było utrzymać w dobrej pozycji, jadąc w puchu, siedząc na tylnej nodze, ale zaciśnięte zęby i wolność w sercu wysyłały impulsy by nie poddawać się nigdy w swojej głowie.
Wrzucam dechę na boks, w twarz leci śnieg z odśnieżanego auta.. kask ląduje w bagażniku…lekki powiew powietrza dostaje się na mą spoconą od emocji głowę…nogi bolą za niedosyt przy tylko jednym zjeździe…siadam w fotelu mojego samochodu…spełnienie czuję na mym mokrym czole i nie mówię już nic…już więcej nic nie potrzeba… to wszystko co mi do szczęścia potrzebne…
Kiedy robimy powtórkę… ?

