6 rano, przecieram zaspane oczy. Dzisiaj mój dzień, poranek pogromczyni śniegu i wojowniczki snowboardowych przestworzy. Senność jest silniejsza, bo tak cholernie nie chce mi się wstać z pod tej ciepłej i wygrzanej kołdry. Mózg trochę nie pracuje jeszcze, potrzebuje z godzinki, żeby się wybudzić, jednak z doświadczenia wiem, że warto się przełamywać, bo zawsze za tym stoi jakaś nagroda.
Parking jest, uff !!! to już jesteśmy w domu. Zostawienie auta pod wyciągiem graniczy w Szczyrku niekiedy z cudem, a w tym sezonie przez tego convida przekracza to już wszystkie możliwości. Mountain Resort, kolejki w miarę znośne. Niewiarygodne! Ośrodek zawsze dość mocno oblegany, łatwe rodzinne trasy robią swoje. Podchodzę do bramki, pyk i czekam na gondolę. Przydają się sezonówki, by nie czekać w kolejce do kasy, szkoda na to czasu.
Siedzę w kapsule, widoki cudne, duży mróz i wszędzie biało. Dzisiaj jest ten dzień, w którym mój mąż ustala inny niż zazwyczaj plan, jeździmy bardziej hardcorowo. No i ja zastanawiająca się co to mnie z nim dzisiaj tu czeka. Mam męża słynącego z kompletnego braku trudności w każdej dziedzinie, rzadko kiedy odczuwającego jakiekolwiek zmęczenie. Kurde jak on to robi, że tak wszystko bez trudu, a jak nawet z trudem to jeszcze większy power, który zwycięża zawsze na każdym etapie wychodzenia ze swej strefy komfortu. Czy to babska płeć, jest tak po prostu bardziej słaba ? Z nim to mam zawsze jakieś nieoczekiwane przygody, bo wymagający partner w pasji to nie lada wyzwanie.
Przesiadka, Hala Skrzyczeńska a dalej Kopa Zbójnicka wita nas swoim śnieżnym urokiem. Panoramka jest tu niebywale okazała. Odbijamy Ondraszkiem w kierunku Jaworzyny. Cholera ! Uwielbiam te moje znienawidzone wąziutkie trasy, ze stopniami nachylenia to w górę to w dół. Kilkanaście lat już śmigam na snowboardzie a jednak dalej puszczenie z bardzo dużą prędkością dechy w dół w takim terenie, jest dla mnie czasami wyzwaniem. No i tradycyjnie rozpinam wiązanie, znów skaczemy, ale jeszcze nie jest tak źle, dopiero „pierwsze schody”.
Trasa wiedzie dalej. Jakoś nie potrafię obudzić tego luzu w sobie. Poprzednie dwa intensywne dni jazdy na desce dają się jednak we znaki. Zmęczenie powoduje cholerny brak koncentracji i słabe poczucie równowagi. Niby czym więcej szusuję, tym bardziej jestem rozjeżdżona. Chyba nie zawsze idzie to ze sobą w parze, niekiedy po prostu czas fizycznego odpoczynku i opamiętanie w emocjach jest nam niezbędnie bardzo potrzebne. Kolejny raz wychodzę ze swej strefy komfortu kompletnie na chama, choć już tyle razy się na tym ostro przejechałam, szczególnie na mojej letniej wyprawie w Tatrach. Tak to właśnie jest, że zawsze przeszarżuję swój niedosyt emocji i adrenaliny. Niestety nie zawsze uczę się na błędach.

Znowu wąsko i pod górkę, znowu ściągam dechę. Ja pierdzielę, zaraz zwariuję normalnie ! I te cholerne spodnie wrzynające się w mój brzuch przy kolejnym zapinaniu deski. Podnoszę się z brzucha ostatnio, bo aż wstyd się po prostu przyznać, iż tyłek od jakiegoś czasu za gruby, a było już tak dobrze przed tą pandemią, a tu znowu waga poszła do góry. Żenada a do tego pozamykali jeszcze te zbawiennie motywujące siłownie. Kurczę te zeszłoroczne nowe kupione spodnie. Takie super były wygodne i jeszcze tyle kasy ! Tak wiem jestem mistrzem w dobijaniu siebie ! Naprawdę na desce jest mi to teraz bardzo potrzebne i nieziemsko zabiera mą pewność siebie przy każdym manewrze na śniegu. Nie ma nic lepszego niż irytujące ciągłe ściąganie dechy, gleby, ciasne spodnie i cholerne muldy rozwalonego śniegu a pomiędzy nimi ogromne ilości zmrożonego lodu.
Lepiej nie mogłam zjechać, zamknięta trasa i na prawie całej powierzchni prześwity ziemi i kamieni. Trasa zamknięta, nie przygotowana i chyba jakimś cudem tu po prostu nie dopadał śnieg. Deska zjeżdża mi na wielki kamień, nie wyhamowałam. Myślę pewnie uszkodziłam znowu ślizg ! Trudno ! Kolejny nowy nabytek do kolekcji. Tak, jestem coraz większym mistrzem dobijania siebie samej i swoich snowboardowych umiejętności. Z dala widać GOPR zbierający narciarza do noszy, krzyczący że mamy zjeżdżać z tej zamkniętej trasy, bo jak się tu połamiemy to nawet nam z ubezpieczenia nie zapłacą.
Znowu gleba, znowu cholerne wiązania trzeba na nowo odpinać. Jestem nieziemsko zmęczona, mokra od potu, wkurzona i ogromnie wszystkim poirytowana. Rzucam dechę i mówię że już nigdzie nie jadę. Za mną nieznany snowboardzista robi to samo, orzełek na śniegu i za plecami głos do kolegi, że pierdzieli taką trasę, warunki i że już odpada. Biorę dechę pod pachę, 100 m do końca trasy. Idę pieszo, mam dosyć już tego zapinania !
Jest godz. 9.30 a my dopiero po pierwszym zjeździe na dole. Tyle zmarnowanego czasu i ogromne wkurzenie. Mąż z niedosytem i małym rozczarowaniem, ale generalnie zadowolony, za to ja wykończona i nie w humorze. Wsiadamy na COS. Ogromna złość i rozgoryczenie się we mnie gotuje.
Kanapa dojeżdża na szczyt. Zamykam oczy, by po chwili je znów otworzyć… I jest, oto ona, tak znienacka, moja wyczekiwana… Wolność !!! Chwila której nie mogłam w sobie dzisiaj zobaczyć, moment w którym nie umiałam się dzisiaj zanurzyć. Moja „nagroda” za stracony czas. Ba ! Za wręcz tak cudnie stracony czas, by spojrzeć na ten widok i go tak dogłębnie docenić i poczuć siebie. Nie chcę więcej go opisywać, spójrzcie na zdjęcia poniżej.

Cholernie kocham te uczucie kiedy w obliczu mojego słabszego dnia, dzięki takiej mojej „nagrodzie” zdaję sobie sprawę że mam prawo do pobycia słabszą, z prawem do własnych błędów. Czy to technicznych w stosunku do samej jazdy, czy do mojej psychiki w której samą siebie namiętnie torpeduję. Kiedy stoję tak na tym niebiańskim białym zmrożonym szczycie, wszystko co wcześniejsze przestaje być znaczące.
Zmęczenie przeradza się w energie, techniczne potyczki na trasie stają się motorem do pracy nad jeszcze lepsza jazdą, negatywne uwagi męża – emocją, by nie brać tak wszystkiego do siebie, a kolejne powtarzane doświadczenie żeby nie jeździć zmęczonej w słabym dniu na chama, staje się kolejny raz, tylko ściemnionym przeze mnie mottem, ponieważ – snowboardu nigdy dość !!! Nigdy nie nasycę się jego wolnościową potęgą i podświadomie nie chce przyjąć tego motta do głowy.

Dochodząc i dojeżdżając, stawiamy dechy kolejny raz na Kopie. Dopinam kask, rozkładam ręce jak ptak przygotowujący się do lotu. Trasa równa szeroka, lecimy 6km w dół w śnieżnobiałej wolnej od zmartwień przestrzeni. Nic wtedy nie istnieje ! Nic ! Poza moją szybkością i wolną od natłoku myśli głową. Pakuję siebie i deskę znów do gondoli, z poczuciem ze zaraz znów powtórzę mój kolejny cudowny lot.
Wyrzucam milion myśli, moi Kochani czytelnicy ! By w najbardziej prosty sposób uzmysłowić Wam, jak rzadko dajemy sobie prawo do błędu, do każdej naszej potyczki małej czy dużej. Czym wyżej stawiamy poprzeczkę naszych kwalifikacji czy umiejętności, tym bardziej jesteśmy surowsi dla samych siebie. Tym bardziej zapętlamy się w gonitwie, wiecznego udowadniania czegoś sobie, a przecież wcale nie jesteśmy słabi ! Mały słabszy dzień o tym nie przesądza. Nie musimy się tak katować, jak ja wtedy na nieprzygotowanej trasie, bo to zabiera nam energie potrzebną do dalszego działania. Zawsze kiedy pojawiają się we mnie takie niechciane uczucia, pamiętam o mojej bezcennej „nagrodzie”, której próbuję doszukać się w każdym miejscu i sytuacji. Zawsze staram się w najbardziej dramatycznym mentalnie dla mnie momencie, zagłębić się w sobie by odnaleźć ten fragment czegoś dobrego dla siebie. Takiego małego szczęścia, które możecie odnaleźć, we wszystkim co sobie tylko wymyślicie. Może to być bałwaniasta od śniegu choinka, na którą nie możecie się napatrzeć na szczycie, widok uśmiechającego się do Ciebie na sankach dziecka, czy nawet myśl w której dajesz sobie przyzwolenie do tego, że masz prawo czuć w sobie, w tym właśnie momencie, poirytowanie czy złość, bo coś Ci po prostu nie wyszło.


I pamiętaj jesteś wiele wart ! Więcej niż jesteś sobie w stanie wyobrazić !
Znowu zamykam oczy i rozkładam moje skrzydła… Mogłabym latać na mojej desce po niebie, hamując na każdej pierzastej chmurze, by z góry podziwiać moje cudne, górskie, ukochane szczyty… I wracać tu co dnia…na chama… aż do upadłego…





Fajnie się Ciebie czyta, sam zaliczyłem pierwsze wchodzone FR na Skrzyczniaku miesiąc temu, i było meeega. Ośrodek był nieczynny, zupełnie inne miejsce gdy nie ma tam tłumów….Pozdrawiam.
Bo czego sie nie robi dla swojej pasji😉zapraszam do innych moich artykułów 😊
I have read some excellent stuff here Definitely value bookmarking for revisiting I wonder how much effort you put to make the sort of excellent informative website
Wspaniałe pomysły kosztuja grosze. Bezcenni są ludzie, którzy je urzeczywistniają. Twój blog jest tego wspaniałym przykladem…
Dziękuje za konstruktywą opinię 😉