Temat dość obszernie opisywany w sieci. W jakim wieku ? W jaki sposób ? I czy to jest wogóle bezpieczne ?
We wcześniejszym artykule mojego bloga zadeklarowałam Wam że powrócę do tematu i opiszę w jaki sposób zaraziłam snowboardem moje dziecko. Jestem mamą jedynaczki i uwierzcie mi że to jest to najcudowniejsza przygoda życia jaka mnie kiedykolwiek spotkała. Niekończąca się podróż upadków i wzlotów, kłótni, pyskówek, wymuszania i płaczów, ale i także najpiękniejszych i najbardziej wartościowych chwil w moim życiu. Bo nic tak wartości własnego życia nie podnosi, jak świadomość że masz dla kogo żyć i jesteś mu do tego niezbędnie potrzebny. Przygoda mojego malucha rozpoczęła się w wieku jej 3 lat, nie licząc faktu iż od samego już urodzenia towarzyszyła nam ze wszystkim swoimi grzechotkami na stoku, wiernie obserwując nasze pierwsze snowboardowe poczynania. Kibicując przy każdym bolesnym upadku, dokładając swój płacz dla kontrastu. Fajnie wspominam ten czas, kiedy na zmianę wymienialiśmy się jedną deską, by podać mleko małej lub poszukać wyplutego smoczka. Wszystko się da Kochani ! naprawdę wszystko ! a te całe wszystko, to tylko kwestia zapanowania nad lękiem że dziecku może stać się jakaś krzywda i dobra organizacja. Naprawdę nic więcej do tego specjalnego nie potrzeba.
Po przekroczeniu 3-ego roku życia, dostała pod choinkę jej pierwszą w życiu deskę, plastikową ponieważ w zamiarze mieliśmy plan, by zacząć uczyć ją wyczucia równowagi, a zabawkowy snowboard by na tyle lekki do jej wagi ciała, że nie sprawiało jej to większego problemu. Pierwsze próby nauki równowagi odbywały się na dystansie ok. 300 m, codziennie przed 8 rano z domu do przedszkola. Stała na desce twardo w kasku, goglach i kombinezonie, gotowa na komendę taty typu backside lub frontside. Mąż na przyczepionym do deski sznurku ciągnął ją zasapany, pilnując by w obniżonej nisko pozycji rozkładała szeroko ręce, by utrzymać równowagę ciała. Śmieszny to był zapewne widok, ponieważ na nizinach nikt nie przyjeżdżał na desce do przedszkola, ubranym jak ze stoku, gdyż wszyscy surfowali z rodzicami na sankach. Dumnie stała wytrwale naśladując tatę i co chwilę próbując z podskoku zrobić małe nieporadne ollie. Dużo wspomnień kłębi się w głowie, te lodowe zamki i babki śnieżne stawiane z foremek do piasku i miliony różnych innych pomysłów, by można było ją czymkolwiek zająć i zjechać choć ten ostatni jeszcze raz ze stoku. Tak, początki bywały niekiedy trudne i uporczywe. Nie schodząc z tematu, potem doszły wrotki, rolki czy deskorolka. Oboje staraliśmy się wspólnie wymyślać takie sposoby spędzenia czasu i formy zabawy, dążące do zwiększania jej poczucia równowagi, a że dzieci nie nie posiadają zbytnio lęku w sobie, nie było to dla niej większym problemem.
Rok później zabraliśmy ją na pierwszy wypad w góry. Karpacz, Biały Jar, wybraliśmy z uwagi na rodzinny stok o w miarę prosty płaskim i szerokim do nauki nachyleniu. Fakt że dla nas nie był to dobry sezon, ponieważ monotonia tak prostej i łatwej dla nas trasy nie przynosiła nam zbytnio samospełnienia, jednakże cały ten sezon i kilka kolejnych poświęciliśmy córce. Długo też zastanawialiśmy się nad przedszkolem snowboardowym czy indywidualnym instruktorem, jednakże ostatecznie najlepszym nauczycielem został tata, ponieważ Zuza była bardzo wpatrzona w jego poczynania i strasznie próbowała go wtedy naśladować. Efektem tego był fakt, że po kilku dniach zjechała już sama ze szczytu Karpackiej Kopy.
Po pierwszym sezonie radziła sobie w miarę już dobrze, umiejąc wchodzić śmigiem w zakręty, walcząc by nie siedzieć na tylnej nodze i wchodząc na odpowiednią krawędź. Najgorsza zmorą nie były jednak wcale upadki, choć łez było przy tym też naprawdę sporo, największym problemem stawało się marudzenie…że pić…że zimno…że siku…,więc przerwa i przekupstwo na gorącą czekoladę w pobliskim góralskim barze była nie odłączonym elementem całego przedsięwzięcia. Ciągle płakała na marznące paluszki u stóp, które miały na sobie po 3 pary najcieplejszych skarpet i zapas 1 cm w bucie by nic nie uwierało. Te notoryczne jej rozbierania, ubierania wyprowadzały nas niekiedy z równowagi. Znaleźliśmy więc pewien podstępny patent ze specjalną maścią rozgrzewającą, na te małe zmarznięte dziecięce paluszki. W przerwie na stoku lub przed wyjazdem z domu nacieraliśmy nią te małe stópki i problem uciekał w niepamięć u dziecka w ciągu trzech minut. I tak oto najzwyklejszy krem Nivea przejeździł z nami kilka sezonów w kieszeni, jako wybawca wszystkich płaczów, mrozów i upadków.
W kolejnym sezonie kontynuowaliśmy dalszą naukę w Zieleńcu. Trasy do nauki też dość szerokie i proste. Tu nastąpił przełom gdy po raz pierwszy zaczęła pomału wchodzić na krawędzie i panować nad deską i pozycja ciała. Tu też rozpoczęła się pierwsza samodzielna nauka podjazdów orczykiem, gdyż przez kolejne wcześniejsze dwa lata na naszych „chodzieskich przydomowych ” wyciągach talerzykowych, wjeżdżała stojąc na desce rodziców trzymając się za ich kolana, gdyż była wagowo za lekka i wyciąg z deską unosił ją nad ziemią. Fajnie wspominam czas, kiedy ludzie zauroczeni takim małym szkrabem chwalili ją mocno na stoku lub instruktorzy przybijali jej ogromną piątkę, a ona zachłyśnięta tym faktem motywowała się nauki jeszcze bardziej. Oczywiście zdarzały się też słabsze dni w których w ogóle jej nic nie szło, najczęściej nie przymuszaliśmy ją wtedy do niczego, tłumacząc że niekiedy tak po prostu już jest.
Kolejne sezony leciały już bardziej śmiało. W zasadzie na początku każdego pierwszego zjazdu w sezonie przypominaliśmy jej podstawowe zasady i korygowaliśmy jej błędy a później sama z nimi walczyła i je poprawiała. Problemem stawała się czasem brawura i prędkość gdy próbowała zaimponować tacie i mamie, lub chyba lekka popisówka w stosunku do innych dzieci, gdzie zawsze kończyło się to brakiem koncentracji i bolesnym upadkiem. Reszta poleciała już z górki, myślę że jakoś sama przyszła do niej z czasem ta naturalność balansu ciałem i kontroli nad deską. Dzieci mają w sobie taki naturalny pozbawiony lęku instynkt samozachowawczy, który pozwala im łatwo i szybko zaadoptować się przy danym zadaniu, miejscu czy przestrzeni. Dziś obecnie ma nie całe 12 lat i myślę że dużo jeszcze przed nią w kwestii technicznej jest do poprawienia, więc walczymy dalej…
Nie mam w zamiarze rozpisywać się w tym artykule nad kwestią techniczna nauki, od tego są szkoły i instruktorzy lub dobrze technicznie jeżdżący rodzice. Myślę że kwestia mentalna podejścia rodziców do tematu jest tu jak najbardziej kluczową. Ilość patentów, pomysłów, zajawek z wyrozumiałością do marudzącego niekiedy maluch jest kluczem do całej przygody ze snowboardem i nieodłącznym elementem zaufania oraz wspólnej łączącej więzi. Nigdy nie zmuszaliśmy dziecka na siłę do nauki. Zawsze dawaliśmy przyzwolenie do płaczu, bólu po upadku i wyrzucania swoich emocji, akceptując porażki i rozgoryczenia dziecka, motywując jednocześnie do kolejnego działania. Po dzień dzisiejszy temat snowboardu jest w naszym codziennym życiu, jak najbardziej naturalnym tematem, cały czas umacniamy naszą pasję no milion możliwych sposobów, oglądając wspólnie z dzieckiem zawody snowcrossowe, filmiki z you tube’a czy śledzą najnowsze nowinki stokowe.
Ale miejcie też świadomość, że nie zawsze pomimo naszych starań o pasję dziecka wszystko idzie zawsze dobrze ze sobą w parze. Trekking po górach dla mojej córki to udręka, nie zdołaliśmy żadnymi sposobami wywalczyć z nią w tej kwestii, wspólnej rodzinnej przestrzeni, co dla nas ludzi gór było wielkim ciosem i rozgoryczeniem. Uwierzcie mi że na obecny moment nie widzimy już w tym temacie najmniejszej nadzieniem. Wszystkie nasze sposoby zachęcenia jej niestety po prostu zawiodły. Zrezygnowalismy…by nie przymuszać…dać prawo wyboru i pokazać że nie musi kochać naszej przestrzeni. Dzieci nie muszą być odbiciem nas samych, choć po cichu liczę w sercu iż może jako osoba już dorosła dołączy jeszcze kiedyś do naszej górskiej drużyny. Póki co Zuzia cieszy się snowboardem i jestem z tego powodu bardzo szczęśliwa, chociaż nikt nie wie co dalej ją czeka i jak potoczą się dalsze snowboardowe plany.
Ktoś zapyta co z bezpieczeństwem ? Tak, przyznam te że ta kwestia zawsze jest dla mnie jak najbardziej istotna w śnieżnym terenie. Podświadomie zawsze kontrolowałam i kontroluje moje dziecko, asekurując je w każdym możliwym momencie. Gdy była mniejsza przy zwiększonym ruchu na trasie trzymałam ją z boku stoku, teraz myślę że jest to dalej jak najbardziej potrzebne, jednakże córka już na tyle panuje nad deską że chce jeździć tam gdzie czuje więc ciężko mi tego niekiedy dopilnować. Obawa w głowie zostaje zawsze bo dziecko to najcenniejsze istnienie jakie mamy i bardzo kochamy, lecz z drugiej strony nic tak naprawdę nie uchroni nas przed tym, co jest nam odgórnie w życiu pisane. „Albo żyjesz albo się boisz” często powtarzam sobie sentencje w głowie, z nadzieją że zaszczepię ją w sercu mego mojego dziecka na zawsze.
Kochani Rodzice nie bójcie się zarażać pasją swoje dzieci, nie bójcie się dawać im próbować co róż to czegoś innego i nowego, w momencie kiedy oni testują i szukają siebie…Wszystkie ograniczenia to tylko nasza głowa i zdrowo rozsądkowe myślenie, które oczywiście pochwalam, bo to udowadnia nasza odpowiedzialność za te małe istnienia. Uczcie dzieci że trzeba szukać przestrzeni w sobie, bo to bardzo dobrze rzutuje na rozwój emocjonalny i przyszłość małego człowieka. Nie zamykajcie dróg Waszymi obawami…pozwalajcie rozwinąć skrzydła, a zobaczycie efekt swej pracy…
Jeśli macie ochotę podzielić się Waszymi doświadczeniami, zapraszam do komentarzy na blogu… 🙂



















Dzięki za artykuł. Ostatnio zastanawiałam się od kiedy Córkę zacząć uczyć jazdy na snowboardzie. Z Waszego wpisu wynika, że jeszcze tylko 1,5 roku
Wg. mnie to kwestia indywidualna, każde dziecko jest inne 😊