
Ostatni zjazd zaliczony, przepełniony spełnieniem, żalem i wielkim ubolewaniem, bo cóż tak nie podcina skrzydeł jak świadomość że poczujesz swoją cierpliwie wyczekiwaną wolność dopiero po kilku porach roku…
Zdejmuję spocone ciuchy, wchodzę pod prysznic i odkręcam kurek. Gorący strumień wody opada na moje zziębnięte i zmęczone ciało. Uwielbiam te uczucie, kiedy w każdym mini milimetrze moich mięśni czuję te euforyczne spełnienie. Woda spływa powolnym strumieniem a wraz z nią cały mój niedosyt ,,białej wolności”. Wewnątrz czuję że moje nie wygasłe jeszcze emocje, zapadną wkrótce w długi odprężający sen. Niecałe 40 minut temu, żegnałam śnieżne przestrzenie, by po powrocie do domu schować głęboko do szafy mój ukochany sprzęt.
Wróćmy pamięcią do przebiegu wydarzeń…
Ciężko mi się pożegnać z Tobą mój ukochany snowboardzie, ponieważ realia w jakich muszę na to przystać, są dla mnie totalnie nie uzasadnione przez nasz nieokiełznany rząd. Miliony decyzji, to w tą, to w tamtą stronę, to w prawo, to w lewo, potrafiły diametralnie pokrzyżować plany. Bo kiedy wreszcie po wyczekiwanym otwarciu sezonu pozwolono nam przebić karnet na bramce, w bardzo szybkim tempie zmuszono nas by się z nim pożegnać, zostawiając zachłyśnięty wolnością umysł i serce.
Potem okres świąt przyćmił delikatnie nasze nie ujarzmione emocje, gdyż rodzinnymi relacjami zajęta była nasza głowa. Zabrano dzieciom ferie, a tym samym dorosłym możliwość aktywnego odpoczynku od zmagań pracy zawodowej i zgiełku dnia powszedniego. Skutki takich a nie innych decyzji szybko dały się we znaki we wszystkich ośrodkach narciarskich w Polsce. Znaczna większość ludzi zauroczona śnieżną pogodą, ruszyła z dziećmi na sanki oblężając stoki, a kolejna ich część brała sprzęt na plecy i wdrapywała się na szczyt dla choćby jednego zjazdu.
Znajdywali się też i tacy, którzy w dobie panującej pandemii dostawali się na niego skuterem, dżipem czy helikopterem, nie wspominając już o przemytnikach nart i desek chowanych w pokrowcach i przewożonych nielegalnie w gondolach. Jedynie skiturowcy i splitboardziści nie byli z tego względu na zanadto straconej pozycji, ponieważ w zaistniałej sytuacji ta właśnie aktywność przyczyniła się do jej popularności i rozwoju w formie aktywnej rekreacji.
Po długim i wyczekiwanym czasie wreszcie otwarto ośrodki narciarskie i hotele. Najpierw Zakopane dało czadu swoim oblężeniem, puszczając wodze fantazji. Po czym szczyrkowskie stoki zostały totalnie zakorkowane przez ludzi zjeżdżających z całej Polski. Cały kraj zrobił sobie zimowe wakacje, w jednym czasie, w dużych skupiskach ludzi. Wśród dzieci które w tym momencie powinny siedzieć przy nauczaniu zdalnym. W przeładowanych samochodami parkingach na stokach i w pół godzinnych kolejkach do bramek. No ale czegóż mogliśmy się spodziewać, po takich irracjonalnych obostrzeniach, wszak w galeriach ludzie przecież nie stoją obok siebie w kolejkach…?
Na szczęście ta urlopowa euforia aktywnego wypoczynku po tygodniu zmalała i w ośrodkach zrobiło się nieco luźniej i pusto. Z czasem spadły też ceny, bo zbliżała się już końcówka sezonu i równorzędnie z nim także pogoda, gdyż śniegu z dnia na dzień coraz więcej ubywało. Nadszedł wreszcie ten upragniony czas, w którym tubylcy pobliskich stoków mogli się w końcu nacieszyć brakiem turystów, a co za tym idzie małą ilością ludzi na nartostradach. Czas i okoliczności zaczęły sprzyjać szusowaniu…



Kondycyjne skutki obostrzeń…
Niestety ku mojemu zdziwieniu i bojowemu nastawieniu do snowboardu, okazało się że pierwsze dwa tygodnie jazd nie były takie na jakie w rzeczywistości liczyłam. Okres pandemii znacznie przełożył się na mój poziom kondycji fizycznej i psychicznej. Coraz większy brak motywacji przez siedzenie w domu spowodował słabszą koordynację ruchową i niższe niż dotychczas poczucie równowagi. Jednocześnie szybko pojawiające się zmęczenie odbiło się znacznie na mojej technice jazdy w tym sezonie.
Co raz mniej następowało po sobie dni, w których bez koncentracji i pełnego skupienia mogłam się poddać mojej desce. Silna wola zaczynała rozsypywać się po każdym nieprzewidzianym upadku na śniegu. To tak jakby cała moja kilkunastoletnia praca nad doskonaleniem jazdy, poszła po prostu precz ! Jednakże mając na uwadze fakt że ja się nigdy nie poddaję i zawsze głęboko wierzę w odrodzenie, czekałam cierpliwie aż nadejdzie ten wyjątkowy moment w którym najpierw spadnę ostro w dół, by wreszcie odbić się od dna.
Drugi tydzień mojej samodyscypliny i wracam do formy pomału. Wszystko zmierza w dobrym kierunku. Czy śniegu dużo czy mało? Jakoś ta kwestia mnie w ogóle nie przeraża. Nie marudzę, korzystam z dobrodziejstwa trwającej jeszcze póki co zimy. No bo na co tu narzekać ? Stoki puste, ludzi mało, kolejek do bramek brak, trasy równe, nie rozjeżdżone, bez muld i oblodzeń. Tak przyszedł w ten czas i na mnie, kiedy rozkręciły się wreszcie moje snowboardowe umiejętności i poczynania. Radość w sercu i duszy niemiłosiernie wielkie stawia kroki.
Nieoczekiwane zamknięcie stoków przy końcówce sezonu…
I stało się to czego raczej nikt już się na koniec zimy nie spodziewał. Kolejna decyzja rządu ! Kolejny raz zamykają stoki ! Szala rozgoryczenia i irytacji przelewa się przez moją głowę, ponieważ za każdym razem, kiedy podejmuję ,, próbę naprawienia siebie” i ,,egzystencji na nowo”, rząd oddaje mi kontrę z ciosem w plecy, z której nie mogę się później tak łatwo podnieść.
Przed nosem zamknięto mi dwie siłownie i jednocześnie stoki a wraz z nimi moją nadwyrężoną już zębem czasu i samodyscypliny, siłę i motywację do pracy nad sobą. Wierzyłam gdzieś głęboko w sercu, iż po mimo tej cholernej pandemii uda się przeciągnąć ten ,,pół gwizdkowy” sezon , o jeszcze choćby kolejne dwa tygodnie. Niestety nie udało się i planowany weekend przenoszę o dwa dni wcześniej.
Ostatnie zbliżające się dni sezonu i zaczyna sypać śnieg, zima powraca do nas pełną parą, pomimo tego, że to już ponad połowa marca. Jeszcze kilka dni temu z uważnością wymijałam przebijającą się trawę i kamienie z pod resztek sztucznego śniegu. Jak na złość zamknięcie ośrodków w takim cudownym oknie pogodowym, na które wszyscy niecierpliwie jeszcze czekali.



I wreszcie, pełen rekonesans …
Podsumowując nasuwa się zasadnicze pytanie ... Czy wbrew utrudnieniom i niedogodnościom jestem usatysfakcjonowana bieżącym sezonem ?
Warto przyjrzeć się temu zapytaniu bliżej. Przeprowadzka w góry miała dać mi możliwość kilku miesięcznego korzystania ze stoku, a wraz z zakupem sprytnej sezonówki nie ograniczać w żaden sposób mojej pasji. Fakt iż w perspektywie czasu sezon był dosyć mocno okrojony. Jednakże uważam iż pomimo tego częstotliwość moich jazd, 2 a nawet niekiedy 3 razy w tygodniu, była dla mnie jak najbardziej w pełni zrealizowana w założonym planie.
Przyczyniła się do tego głównie odległość dzielącą moje miejsce zamieszkania od stoku. Przy dojeździe trwającym około 20 minut, łatwiej było wygospodarować czas w ciągu dnia na swoje hobby, ponieważ jeszcze 2 lata temu, dzieliło mnie od najbliższych gór jakieś 400 km drogi i każdy wyjazd był skrupulatnie rodzinnie przemyślany i zaplanowany.
Generalnie mogę wprost stwierdzić iż całkowicie inaczej planuje się spędzanie czasu na stoku będąc na nim tylko podczas urlopu, a inaczej mając świadomość że ma się do niego dostęp właściwie non stop. Raczej nikt nie zaprzeczy, że wyjazd ,,stricte feryjny” jest głównie nastawiony na jazdę dzień w dzień z ciśnieniem do upadłego, by wykorzystać ten czas jak najbardziej owocnie, ze świadomością że wszystko co dobre szybko się kończy. Natomiast pełna dostępność stoku daje możliwość wyeliminowania takiego postępowania, gdyż człowiek z niczym się nie musi już spieszyć. Pomaga to znacznie w eksplorowaniu z uważnością swojej pasji i skupianiu się nie tylko już na niej, ale też na tym co nas na około niej otacza. Nigdy wcześniej nie pomyślałabym że babskie przerwy na grzańca i pogaduchy można tak rewelacyjnie wkomponować w zjazdy.
Poprzez moją uważność, odkryłam nową wartość w sobie, a mianowicie totalnie dla mnie nowe doświadczenie, jakim jest samotna jazda na snowboardzie. I wbrew temu iż zawsze uważałam że do tego potrzeba mi ludzi wokół, znalazłam niesamowite wytchnienie i odpoczynek płynący z rozładowania swoich emocji i pozbyciu sam na sam ze sobą. Niezależność, poprzez nie dopasowywanie się do kogokolwiek i poddanie się słuchaniu ulubionej muzyki była dla mnie bezcenna. Po między zjazdami na desce, czyste niebo, grzejące słońce, leżaczek, piękny widok na ośnieżone góry i dobra kawa. Czego potrzeba więcej by zresetować swoją głowę ?
Nie obyło się też, bez nowo poznanych ludzi ze środowiska, wprost snowboardowego, dzięki którym poznałam i ten grupowy i typowo babski punkt widzenia mojej pasji ze zupełnie nowej, innej i nieznanej mi perspektywy. Świetna organizacja, troska o siebie nawzajem i pomocna dłoń przy upadku, naprawdę karmiła serce.
Dla tych którzy tak narzekają, że sezon przez obostrzenia tak maksymalnie nie udany, mam tylko jedną jedyną prostą odpowiedź. Cieszcie się z tego co macie Kochani, bo dla mnie był to jeden z najlepiej zagospodarowanych snowboardem, sezonów w moim życiu i każdemu kto tak samo tęsknił przez wiele lat za górami jak ja, ogromnie tego życzę, bo to właśnie miłość do deski zaprowadziła mnie w to miejsce i pozwoliła zmieniać całe moje życie.
Na zakończenie…
Cóż moi Drodzy, żegnam się z Wami tym artykułem w obecnej zimie, więc na kolejny w tej tematyce będziecie musieli niestety jeszcze troszkę poczekać. Kończąc sezon już zastanawiam się nad następnym, bo przecież tyle spraw i łamigłówek jeszcze przede mną… Bo to ciuchy córci na deskę za rok będą za małe! Rękawiczki rozdarte ! A może uda się że dziecko przejeździ w butach jeszcze w kolejnym sezonie ? Sami wiecie jak to jest ! Niestety snowboarding nie należy do taniego hobby…
Już planuję w moim niecnym przyszłorocznym planie, jak przygotować się kondycyjnie, by nie poddać się być może powtórnie, temu convid’owemu lenistwu, bo nie wiadomo co za rok nas czeka. Sezonówka na przyszły rok już wykupiona więc można spać ze stoickim spokojem.
Sezonu zimowego kres nadszedł czas, więc kolejna moja wyczekiwana zajawka… Jutro góry, plecak, kijki i trekking jak ,,za pan brat”.
Do zobaczenia w kolejnym moim snowboardowy wpisie za kilka miesięcy. Póki co wyczekuję wiosny, która zaraz po zimie jest moją drugą ukochaną porą roku. Zapraszam Was do sekcji górsko lifestyle’owych i trekkingowych artykułów na blogu.
A jak wy oceniacie tegoroczny sezon snowboardowy ?
Co dobrego z niego wynieśliście dla siebie ?
Czy jesteście nim raczej poirytowani ?
Jak panujące obostrzenia odbiły się na waszej pasji ?
Podzielcie się swoimi spostrzeżeniami w komentarzach fb lub na blogu.
Ciepłych rodzinnych świąt i smacznego jajka Wam życzę…
Pozdrawiam Was serdecznie ☺


