„Chyba nie ma wśród nas żadnej osoby która by nie pamiętała z czasów dzieciństwa, dźwięku starego rosyjskiego młynka do mielenia ziaren i widoku czarnej sypanej kawy w wysokiej szklance z koszyczkiem i tych uwag by nie wyjadać cukru z kryształowej ciężkiej cukiernicy po babci…”
Mama w turkusowych cieniach na powiekach, tata z szorstkim długim wąsem, czerwony telefon z słuchawką na pokręconym kablu i stary dudniący kwadratowy odkurzacz zelmera. Ile wspomnień, takich zwyczajnych, prostych, dosadnych, przez jedną emocję, zapach pachnącej kawy w rodzinnym domu.
„Zatrzymałam się znów na chwilę w mojej trwającej chwili, uzewnętrzniając wszystkie zmysły…węch co czuje…słuch co słyszy…oddech co przeżywa i serce co kocha…”
Każdy dzień wykorzystuję do przywitania się z sobą, kiedy zaczynam go rano, w słońcu czy niepogodzie, z uśmiechem lub nie w humorze czy podczas wyjścia z psem w cholernie lejącym deszczu. W porannym pośpiechu do pracy, biorąc małego łyka kawy na odchodnym, nasuwa mi się ciągle pragnienie by niewinnie spojrzeć przez firankę na mój cudowny górzysty świat. To dla mnie wielkie wyzwanie…bo spanie które uwielbiam namolnie zabiera mi czas na trwanie w mym wewnętrznym spokoju, a spóźnialstwo i roztargnienie spiera się odwiecznie z moim potarganym sumieniem…Czasem siadam w piżamie, na łóżku, z kubkiem porannej kawy w dłoni…w bezruchu i w mojej zaspanej głowie, budzę dzień minutami starego zegara i kończę sen który usilnie próbuje sobie przypomnieć…Kiedy w natłoku załatwianych spraw, parkuję mój zielony samochód, zastanawiam się w której kawiarence na chwilę zniknę i wreszcie znikam samotnie w mej bezgranicznej ciszy…
Tyle okazji na celebrowanie chwili…gdy odpalam małą gazówkę na szlaku i stawiam na palniku starą kawiarenkę, oj nigdzie kawa nie smakuje tak dobrze jak w górach, przy boskiej zielonej, kolorowej czy zupełnie białej panoramie lub na środku potoku w obliczu szumu wody z górskiego źródła…w otoczeniu jesiennej aury spadających liści i wyłaniających się z za buków tajemniczych zagadkowych mgieł. Otulona w kocu, w kanapie, w śnieżny i mroźny dzień, wpatrującą się w mój elektryczny kominek, z książką i z moim psem u boku, z ludźmi którzy są dla mnie ważni, z samą sobą – mym najlepszym przyjacielem…tyle by tu wymieniać i celebrować chwil godzinami…
Nie traćmy siebie Kochani…nie pozwalajmy by pęd kłopotów i natłok spraw przysłaniały nam chęć poczucia że jesteśmy sami dla siebie ważni…to takie potrzebne żeby pobyć z sobą, nie uciekać od emocji, smutku, żalu czy ogromnej radości że coś nam się wreszcie ważnego udało. Nie uciekajmy od siebie, bo właśnie wtedy gdy jesteś blisko że swoim wewnętrznym przyjacielem, rodzą się największe pomysły, realizują się wyczekane plany i zaczynają powstawać nasze marzenia…Nic tak mocno nie stawia nas na nogi jak podróż w głąb siebie, bo zawsze na końcu tej wyprawy stajemy się silniejsi, mądrzejsi o nowe spostrzeżenia.
„Kiedy tak spijam moją kawę, w scenerii świata który sama stworzyłam, otwieram nowe przylądki tysiąca wysp swoich przemyśleń i wrażeń, podróżuje daleko daleko, w nie odkryte zakątki mojego istnienia…”




